niedziela, 1 października 2017

Event!


Tak jak obiecałam, z okazji okrągłego roku istnienia bloga, zorganizowany został mały konkursik, podczas którego każdy członek bloga ma możliwość zdobycia kilku dodatkowych punktów dla swojej postaci. Aby dłużej nie przeciągać, przechodzimy do rzeczy. 
Poniższe zadania nie muszą być wykonywane w podanej kolejności. Opowiadania muszą jednak spełniać warunki regulaminu bloga (min. 30% tekstu to opis + ortografia) - pozostałe wymagania podane są wraz z zadaniem.

niedziela, 24 września 2017

Od Rangiku, Aryi i Amosa "List z Hogwartu"

Arya

Cicho jęknęłam, gdy ktoś a raczej coś przerwało mój sen. Głośny odgłos jakiejś nudnej piosenki, starał się zmusić mnie do wstania. Z rezygnacją spojrzałam na telefon, by w końcu wyciągnąć rękę i wyłączyć jakże denerwujący mnie budzik. Gdy w pokoju nastała błoga cisza, prawie że spadając, zsunęłam się w łóżka. Dumnie stanęłam na obu nogach i wyprostowałam się. Cicho jęknęłam ze zmęczenia. Poranne słońce nieprzyjemnie kuło mnie w oczy, powodując tym samym że chciałam je zamknąć i znów pójść spać. Dziś jednak nie mogłam. Kochana szkoła w Mercy Falls w końcu sobie o mnie przypomniała. Cóż, nie dziwię się z resztą, że zapamiętali to iż nie ukończyłam szkoły. W końcu z wzorowej uczennicy stałam się nagle nagminną wagarowiczką z beznadziejnymi ocenami, aż w końcu całkowicie zniknęłam ze szkoły, tym samym nie zdając przedostatniej klasy. Jakoś w głowie nie było mi chodzić do szkoły, a co dopiero się uczyć, gdy tajemniczo budziłam się w lesie lub po prostu zamiast dotrzeć do szkoły pojawiałam się w jakimś gąszczu. Gdy moje ciało wreszcie wybudziło się z sennego odrętwienia moje ciało skierowało się w stronę szafy. Gdy otworzyłam drzwi jedynego mebla stojącego w tym pokoju i szybko zlustrowałam wzrokiem jego zawartość, wyjęłam pierwsze lepsze ubrania. Tak właściwie jedyne co zatrzymało mnie przy tym, by wybrać ubrania w mniej niż sekundę, była bielizna. Ją aż nazbyt lubię mieć dopasowaną, by wybrać ją od tak. Z górką ciuchów ruszyłam do łazienki. Czas przygotować się na pierwszy, od pół roku, dzień szkoły.

~*~*~

Rangiku

Na rogu wejścia do mojej jaskini znalazłam jakąś kartkę. W momencie w którym chciałam jak najszybciej wydostać się na dwór i pozabijać grupkę jakiś stworzeń to coś małe, białe coś przeszkodziło mi w moich planach. Niewiele myśląc przemieniłam się w człowieka i chwyciłam za znalezisko. Okazało się ono listem. Szybko rozpakowałam go i zaczęłam czytać. Liceum Ogólnokształcące w Mercy Falls... bla, bla, bla, jakieś formalności, coś o tym że nie skończyłam szkoły... Prosi Panią o niezwłoczne stawienie się na lekcjach w dniu 1 września. Pojebało ich. Coś o tym, że moi opiekunowie będą mieli problemy... taaa, w ludzkim świecie mam podane, że jestem pełnoletnia, wiec mogą pisać sobie co chcą. Szybko zgniotłam kartkę, zapisaną w jakże denerwujących mnie słowach i ruszyłam biegiem do lasu. W między czasie przybrałam wilczą postać. No to idziemy mordować.

~*~*~

Arya

Dźwięk dzwonka. Piskliwy, nieprzyjemny... tak właściwie za nim tęskniłam, zdawał się przypominać że czas jednak płynie, a nie stoi w czasie, a w raz z nim sama i ja nie idę w ogóle do przodu. W raz z młodszymi od siebie uczniami, czyli moją przyszłą klasą, wpakowałam się do szkoły. Nieduża, wełniana torba lekko obijała się o moje ciało. Miałam w niej tylko parę zeszytów, jednak jej ciężar lekko mnie denerwował. Pierwsza lekcja jak zawsze przywitała mnie jakże cudownym systemem oceniania, rozpiską książek i innymi rzeczami potrzebnymi by zacząć ten nowy rok szkolny. Cały dzień wyglądał właściwie tak samo. Nudny głos każdego z nauczycieli prowadzących moje dzisiejsze lekcje, czytał nam co będziemy robić przez następny rok. Przez powtarzanie na każdej lekcji tego samego czułam że zaraz usnę, jednak dzielnie trzymałam głowę w pionie i udawałam, że z pełnym skupieniem śledzę przebieg lekcji. Przez cały dzień nie wydarzyło się nic. No może po za tym jak krępy, niewysoki chłopak o bardzo jasnych włosach zaczął wypytywać się mnie jak to się stało, że nie zdałam. Odpowiedziałam mu wtedy krótkim "życie", bo najzwyczajniej w świecie nie wpadło mi wtedy nic innego do głowy, a przecież prawdy nie miałam jak mu powiedzieć. Wątpię by ktokolwiek w tym szarym budynku uwierzył mi, że mieszkam teraz wśród wilków, a dusza jednego z nich zamieszkuje moje ciało. Jakby na to nie patrzeć nie przeszkadzało mi nawet to, że musiałam tu być. Miło siedziało się na lekcjach, chociaż jedno mnie denerwowało; już pierwszego dnia zadano nam sporo rzeczy do domu. Nie czułam nawet, że mam najmniejsze szanse odrobić to prowadząc tryb życia jaki prowadzę. Biedny Amos będzie mniej siedział na wierzchu. Gdy powyciągałam z szafki wszystko co było mi potrzebne do wrócenia do domu, usłyszałam że ktoś mnie woła. Z dosyć dużej odległości słychać było wymawianie mojego imienia. Odwróciłam się gwałtownie, by dowiedzieć się o co chodzi. Parę metrów od mnie stał dyrektor tejże placówki. Był on wysokim, dumnym mężczyzną w garniturze. W swojej prawej ręce trzymał jakiś papier. Spojrzałam na niego zdziwiona.
-Dzień dobry!- przywitałam się cicho, cały czas patrząc na niego.
-Miło znów cię widzieć w ścianach naszej szkoły!- na jego twarzy widniał wyćwiczony uśmiech. Ciekawe co od mnie chciał- zapraszam cię do mojego gabinetu- powiedzcie, że nie zrobiłam nic złego. Nie chcę tutaj siedzieć po lekcjach, przez to Amos będzie miał jeszcze mniej czasu na bieganie po tym świcie. Bez słowa ruszyłam  za dorosłym gdzieś na koniec korytarza, o ścianach koloru zgniłej cytryny. W szkole było już zupełnie pusto, dzięki czemu panowała tu przyjemna cisza. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że brakuje mi cichy i spokoju panującego w lesie. Gdy dotarliśmy do jego biura, otworzył drzwi i przepuścił mnie przodem. Niepewnie weszłam do pokoju, a dyrektor ruszył za mną. Szybko skierował się na swoje siedzenie, a ja stanęłam koło tego naprzeciw niego.
-Usiądź dziecko- szybko wykonałam jego polecenie. Prosta jak struna siedziałam i patrzyłam na jego każdy ruch. Jego smukłe ręce powolnym ruchem odginały kartkę którą niósł przez ten cały czas. Po paru sekundach podał mi ją, a ja niepewnie ją odebrałam. Gdy szybko prześledziłam słowa widniejąc na kartce dowiedziałam się, że wcale nie muszę uczęszczać do szkoły jeśli nie chcę. W końcu byłam dorosła, a tym samym nie dotyczył mnie już obowiązek nauki. Na dole kartki widniał formularz wypisania się ze szkoły. Na chwilę przeniosłam głowę na dyrektora a on uśmiechnął się krzywo.
-Od ciebie zależy czy tu zostaniesz, ale pamiętaj o swojej przyszłości- zaśmiałam się w duchu. Znałam przecież już doskonale swoją przyszłość i chciałam ją spędzić w lesie, wśród wilków, tak by otaczał mnie ich spokój i by Amos miał jak najlepsze drugie życie. Szybko wypełniłam rezygnację z uczęszczania do szkoły i oddałam kartkę dorosłemu. Pożegnałam się z nim i czym prędzej opuściłam to miejsce. W końcu mogłam wrócić do swojego ukochanego lasu.

sobota, 23 września 2017

Od Cristal cd. Artemisa "Potwór z gór"


-Dobrze,pójdziemy na około.Ale musimy się pospieszyć nim to coś ponowi atak-spojrzałam ostatni raz w stronę,w którą poleciał kamień,by upewnić się,że on jakimś trafem się nie cofnął.Wadera przytaknęła i obie pobiegłyśmy na wąską ścieżkę.Po chwili jednak Artemisa stanęła jak wryta.Zatrzymałam się obok niej i spojrzałam na nią pytająco.
-Cri...jedna z moich mocy pozwala mi wykrywać czyjeś istnienie,serce.Ktoś lub coś jest blisko...
-Chodźmy dalej.Musimy dowiedzieć się o co chodzi-powiedziałam pewnie opanowując strach.Arta kiwnęła głową i poszła za mną.Ścieżka prowadziła przez kamienne zbocza,co niestety nas spowalniało.Stawiałyśmy każdy krok ostrożnie,ale jednocześnie starając się wejść jak najszybciej na szczyt.W pewnym momencie ścieżka nagle skręciła i w równej linii biegła na prawo od naszego wcześniejszego kierunku.Po krótkiej namowie stwierdziłyśmy,że lepiej będzie nie zmieniać kierunku,ale obie nie byłyśmy pewne co teraz zrobić.Nasze wątpliwości szybko się jednak rozwiały.
-Arta,czujesz?
-To coś jakby...żywica...Tylko,jak to możliwe,że zapach jest aż tak mocny?
-Tego spróbujemy się dowiedzieć-uśmiechnęłam się i obie ruszyłyśmy przed siebie.Robiło się coraz stromiej.Tak to jest,jak jest się zmuszonym do wybrania innej drogi.Mimo to szybko dotarłyśmy do źródła zapachu.Naszym oczom ukazało się olbrzymie wejście do groty,wokół której porozrzucane były wyrwane z korzeniami drzewa iglaste.Zakłopotane przez chwilę patrzyłyśmy na ten obraz.Poczułam chłód,a z naszych pysków wydobywała się para.Co tu się wyprawia?!
-Co powinnyśmy teraz zrobić...?-zapytałam się bardziej siebie niż Artemisy,ale ona szybko mi odpowiedziała.

<Artemisa?Przepraszam za zwłokę i tę długość...>

Od Aryi i Amosa cd. Heather "Zamiana"

Tępo patrzyłem na swoją rozmówczynię. Miała "na sobie" ciało Aryi. W końcu mogłem przyjrzeć się jej od boku. Zlustrowałem całe ciało wzrokiem, po czym spróbowałem się uśmiechnąć. Nie wiem na ile to wyszło, ale sądząc po wyrazie twarzy Aryi... znaczy się Heather nie wyglądało to zbyt dobrze.
-To ten... wiesz co teraz?- spytałem cicho, niezdarnie drapiąc się po głowie. Cały czas zastanawiałem się czy powiedzieć jej, że to ja zająłem jej ciało, a nie dziewczyna której ciało teraz nosiła moja rozmówczyni. Raczej nie poczułaby się zbyt komfortowo gdyby okazało się, że to mężczyzna ma dostęp do jej ciała. Z resztą, prawda jest taka, że nie miała jak czuć się bezpiecznie. Niestety nie mam na tyle honoru by nie popatrzeć sobie potem na nią w lustrze. W końcu Aryę też podglądałem. Cóż, taka ma natura, nic z tym nie zrobię. Z resztą nawet nie chciałem, może i mam paręset lat, ale dalej nie dorosłem. W duchu się zaśmiałem, jednak na zewnątrz nie zmieniłem miny, lepiej by dowiedziała się jak najpóźniej, że coś jest nie tak. Znaczy już o tym wie, bo w końcu widzi kogoś innego w swoim ciele, ale nie wie jeszcze że ten osobnik jest płci przeciwnej.
-Będąc szczerą, nie wiem- spojrzałem na nią zdziwiony. W jak wielkiej dupie jesteśmy, że nawet alfa nie wie co zrobić? Cicho westchnąłem i oparłem się o framugę. Nie chciałem z nią rozmawiać w wejściu, więc po mimo iż to nie mój dom, tylko jej, stwierdziłem że zaproszę ją do środka. Lekko wyciągnąłem rękę do przodu i spojrzałem jej w oczy należące niegdyś do mojej Aryi.
-Co powiesz na rozmowę przy herbacie lub kawie, wtedy wpadają często lepsze pomysły- starałem przywołać na swojej twarzy jak najszczerszy uśmiech, jednak tym samym nie potrafiłem sobie wyobrazić uśmiechającej się Heather, więc obawiałem się, że wygląda to gorzej niż najbrzydszy z górskich troli. No ale cóż, wolałem się uśmiechać niż robić grobową minę, tak chociaż okazywałem, że nie jestem wrogo do niej nastawiony.

<Heather? Długo pisane, krótkie, nie umiem... przeprszam ; >

czwartek, 21 września 2017

Od Alex'a cd. Artemisa


Określenie "chęć zabicia samym spojrzeniem" zdecydowanie zbyt słabo odzwierciedlało emocje, które przejęły nade mną kontrolę w odwecie za występek dziewczyny. Odkryłem bowiem nowy typ nienawiści, która była słabsza niż ta, jaką obdarzałem marchewkę, ale i mocniejsza od tej, którą odczuwam do każdego denerwującego mnie człowieka. Artemisa może być zatem dumna - zrobiła coś, czego innym nie udało się osiągnąć. Niestety, przyjdzie jej za to zapłacić niemałą cenę, lecz nie dzisiaj ani nie jutro. Zemsta będzie słodka, a przyjdzie jak grom z jasnego nieba - już ja jej to zagwarantuję. Teraz jednak muszę porzucić tą jakże przyjemnie prezentującą się w mojej głowie karę, skupiając się tym samym na nowym wyzwaniu. Hmm, niech no pomyślę... Zakazany Las? Nie, o tej porze jest jedynie zwyczajną kupką gałązek oraz liści, a jedynie ciemność panująca dookoła dodaje nieco adrenaliny, więc nie. Opuszczona szkoła? Nope, tam też nie ma nic ciekawego. A poza tym, jak już mam ją "zwiedzać", wolę być wówczas w pełni trzeźwy. Chociaż perspektywa straszenia dziewczyny poruszającym się samoistnie szkieletem imieniem Stachu jest naprawdę kusząca. Co więc zostaje? Komisariat policji i szpital. W tym pierwszym byłem kilka miesięcy temu, a wciąż żywe wspomnienia nie pozwalały mi na to, bym mógł je zastąpić innymi, podobnymi. Nawet, jeśli ciekawość aż zżerała mnie od środka, czego powodem była chęć zobaczenia wyglądu ściany tuż za jednym z biurek. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jakim cudem potrafiłem utworzyć aż tyle rymów. Przecież zawsze byłem beznadziejny w te klocki. Wracając do tematu wyboru. Biorąc pod uwagę wszystkie plusy oraz minusy, a także swoje własne "widzi mi się", decyzja okazała się być o wiele łatwiejsza, niż sądziłem dotąd. Rezygnując więc z ciągłych - bezskutecznych - prób pozbycia się z włosów zbyt dużej ilości wody, wytarłem mokre przez ten nieoczekiwany zbieg wydarzeń dłonie o spodnie, następnie wstając z wygrzanej już przeze mnie ławki. Później, jak gdyby nic złego się nie wydarzyło, przeciągnąłem się w miejscu, z cichym chrzęstem w okolicy karku oraz dłoni dając światu do zrozumienia, że jestem gotowy na kolejne zadanie. I co z tego, że kilka minut temu dziewczyna rzuciła we mnie kondomem napełnionym wodą, który - zapewne nie mogąc pohamować przyjemności ze swojego wypełnienia - postanowił podzielić się ze światem swoją zawartością. Teraz już nic mnie nie powstrzyma przed wprowadzeniem w życie kolejnego, zapowiadającego się ciekawie, planu. Aby więc dłużej nie zwlekać z tym jakże zacnym pomysłem, odwróciłem się przez ramię, zerkając spod wysoko uniesionej brwi w stronę swojej towarzyszki. Ta natomiast przyglądała mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, zupełnie jakby chciała poznać moje plany. Niestety, musiała zadowolić się jedynie mało treściwą odpowiedzią:
- Dalej, ruszaj się. Znając życie i tak nie wiesz, dokąd iść, więc jeśli nie chcesz błądzić bez sensu po Mercy Falls, pośpiesz się.
I nie czekając na jej reakcję, pewnym siebie - lecz nieco chwiejnym przez ilość alkoholu we krwi - krokiem ruszyłem w stronę centrum miasteczka, próbując rozeznać się w terenie. Kiedy mi się to udało, nie sprawdzając aktualnej lokalizacji Artemisy, ponownie zmieniłem kierunek. Dopiero po pokonaniu nieco ponad 100 metrów pozwoliłem sobie zerknąć za siebie. W sam raz, by zobaczyć podpierającą się o pobliską latarnię rudowłosą, zaraz po tym prostującą się niczym struna i idącą przed siebie, a dokładniej w moją stronę. Nie chcąc słuchać jej kazania dotyczącego pozostawienia jej z tyłu, wznowiłem wędrówkę, narzucając tempo odpowiednie do utrzymania nie zmieniającego się między nami dystansu. Pomimo dzielącej nas odległości, słyszałem ciągłe szepty mające swoje źródło pod nosem Artemisy, których głównym powodem istnienia było zapewne moje postępowanie. Jak jednak przystało na mnie, miałem to głęboko gdzieś, toteż dalej podążałem wyznaczoną przez siebie ścieżką, próbując nie stracić orientacji w terenie - co w moim stanie trzeźwości, a raczej jej braku, może być co najmniej możliwe. To właśnie był jeden z głównych powodów, przez który postanowiłem "iść sam". Rudowłosa za bardzo by mnie rozpraszała, a w obecnej sytuacji muszę być bardzo skupiony. Po to, by na przykład znaleźć rozwiązanie łamigłówki, którą okazał się być
wybór między prawą a lewą ścieżką. Podjąłem go z kilku sekundowym opóźnieniem, dla niewprawnych obserwatorów będącym czymś w rodzaju próby złapania oddechu. W końcu, po nie wiadomo jak długim czasie oraz pokonanej drodze, ukrytemu w mroku pomniejszej uliczki mnie wyłoniła się frontowa ściana wysokiego, surowego budynku, którego kolor ścian był podobny do zachmurzonego nieba, a małe okienka nie wpuszczały do środka zbyt dużo światła. Odczekałem, aż dziewczyna pojawi się obok mnie, a gdy tak się stało, rzuciłem jakby od niechcenia:
- Zrobimy wyjątek i połączymy dwa wyzwania w jedno. - czując na sobie jej wzrok, dodałem, dalej nie odrywając oczu od budowli - Takie odwiedzanie bez większego powodu szpitala jest do bani, dlatego proponuję mały konkursik, będący wyzwaniem dla naszej dwójki. Kto zwycięży, będzie mógł wymyślić aż trzy zadania pod rząd przeciwnikowi. Jakieś pytania?
Przez chwilę panowała cisza, która była zapewne efektem rozmyślania nad moją propozycją. Zakończyło ją pytanie odnośnie tego, na czym ów konkurs miałby polegać. Uśmiechając się przebiegle, rzuciłem w jej stronę:
- To nic takiego, tylko zwykłe aktorstwo.
Taka odpowiedź musiała ją najwyraźniej zadowolić, a następujące skinienie głową oznaczało zgodę na mój pomysł. Szydząc więc w duszy, pewnym siebie krokiem podszedłem do najbliższej ściany tylko i wyłącznie po to, by... zacząć ją okładać pięściami jak głupi. Kiedy uzyskałem pożądane pieczenie w okolicy knykci, w lewej dłoni nagle zmaterializował się jeden z moich noży. Znalazł on dla siebie zastosowanie, powolnymi szarpnięciami tworząc pomniejsze rany na moich rękach, a także i twarzy. Z niemałym wysiłkiem powstrzymywałem swoje ciało przed uleczeniem ich, do zaistniałej już kolekcji zadrapań dołączając kilka formujących się już siniaków, będących efektem spotkania mojego ciała z rękojeścią ostrza, które po wykonaniu swego zadania ponownie zniknęło niczym przebita bańka mydlana. Kolejnym punktem na mojej niewidzialnej liście zatytułowanej "Alex po bójce 10 lat temu" było potarganie i tak już stojących we wszystkie strony włosów, zaraz po tym gniotąc materiał narzuconej na siebie bluzy. Efekt był taki, że dla przypadkowych przechodniów wyglądałem jak siedem nieszczęść, a w oczach stojącej obok mnie i przyglądającej się moim poczynaniom Artemisy jak ostatni idiota. Spod uniesionej w geście kpiny brwi spojrzałem na jej brak jakichkolwiek przygotowań, zastanawiając się, czy dobrze zrozumiała treść konkursu. Bo co niby, będzie chciała wcisnąć, że ktoś ją zgwałcił albo coś w ten deseń? Oddział ginekologiczny i lekarz z lateksową, obcisłą rękawiczką już czeka z uśmiechem. Świadek jakiegoś zdarzenia, który pojawił się w złym miejscu o złym czasie? To już przeżytek. Udawanie rodziny / narzeczonej / kochanki jakiegoś pacjenta? A co to, serial "Szpital" lub "Trudne sprawy"? Z tego co jednak widzę, rudowłosa nie miała zamiaru nic zrobić ze swoim wyglądem. Nie czekając zatem dłużej, z udawanym utykaniem na prawą nogę ruszyłem w stronę szpitala św. Judy, największego budynku publicznego w Mercy Falls. Nim jednak znalazłem się w środku, korzystając z daru iluzji, dodałem sobie tu i ówdzie kilka ran, nie zapominając oczywiście o siniakach. Kładąc prawą dłoń w okolicę żeber rzekomych - jakby w zamiarze złagodzenia bólu - lewą popchnąłem przeszklone drzwi, wraz z idącą obok mnie Artemisą wchodząc do środka. Nie rozglądając się dookoła, przywołałem na twarz najbardziej realny na jaki było mnie stać grymas czystej agonii tylko i wyłącznie po to, by po zrobieniu kilku kroków wgłąb pomieszczenia pełnego krzeseł oraz miejsca administrowania recepcji... paść niczym trup na ziemię, "tracąc" przytomność. Nie reagując na żadne odgłosy i próby wybudzenia z zewnątrz, pozwoliłem przenieść się na - z tego, co usłyszałem - salę segregacji. Nie wiem, co zrobiła ani gdzie jest teraz Artemisa. Wiem jednak jedno.
Aktorstwo to jedna z licznych dyscyplin, w której nie mam sobie równych.

<Artemisa? Sorki za taki misz masz, ale patrz: nie było za dużo zboczuszkowości! :'D>

środa, 20 września 2017

Od Białego cd. Artemisa


Zrobiło się niezręcznie. Sam nie wiedziałem co powiedzieć. Jedzenie było w sumie zwyczajne. Nie zachodziło starymi jajami, ani nie czuć było skorupek. Nie jestem jakimś smakoszem i w sumie nawet gdyby dała mi suchy chleb i wodę to zjadłbym to z apetytem (nie wolno wybrzydzać i marnować jedzenia). Raz po raz spoglądałem to na Artemisę, to na Zico, który unikał patrzenia na nas jak ognia. W końcu chrząknąłem, by chociaż na chwilę pan hrabia schował do kieszeni swą dumę.
- Smakowało ci? - szepnąłem.
- A masz pomysł gdzie potem pójść? - odpowiedział pytaniem.
Kiwnąłem głową w sprzeciwie. Nawet o tym nie pomyślałem. Wszystkie znane mi pomysły się wyczerpały.
- Tak, smakowało mi. Tylko dziwi mnie czemu nie zjadła z nami. Kucharz próbuje własne potrawy, nieprawdaż?
To się dowiedziałem szybko co o śniadaniu myśli. Przynajmniej w bezpośredniości ma u mnie plusa. I tylko u mnie, bo mało kto go rozumie.
Zerknąłem kątem oka na Artemkę - och, jakże się niecierpliwiła. Coraz większe iskierki ciekawości świeciły w jej zielonych oczach. Czułem jakby z każdą minutą ciszy przybliżała się, by usłyszeć moje najcichsze słowo. Nie dam jej tak łatwo tej satysfakcji. Trochę odsunąłem od siebie talerz, ułożyłem brudne sztućce na nim w krzyżyk i wytarłem usta, wlepiając wzrok w środek stołu. Wszystko robiłem powoli jak mogłem. Już lepiej ode mnie grać na nerwach potrafi jedynie Zico. Ja za łatwo ulegam, zwłaszcza, że znów na nią spojrzałem.
- Jesteś gotowa mieć nas cały dzień na karku? - uniosłem wymownie jedną brew.
- Jeśli będzie trzeba. - związała ręce.
- W takim razie było wyśmienite. To gdzie nas zabierasz?
- Gdziekolwiek nas nie zabierze, będziemy wyglądać jak dwa żule. - wtrącił się Zico - Zaraz po tym jak pomoże ci z telefonem, powinna cię zabrać do fryzjera, a mnie...
- Na kastrację. - uciąłem mu - Co, już sprawdziłeś co jest w pudełku? Naprawdę nie potrafisz trzymać łap przy sobie...
- Nie dotykałem go nawet. Chyba ktoś dzwonił na ten telefon kiedy próbowałem odpocząć po śnie. Wyobraź sobie, leżysz sobie, a tu na górze ci coś bzyczy. Po chwili czujesz jakby na ogon spadło ci 20 kilo. To musiała być Nokia.
Jak zwykle jego wytłumaczenia wahają się pomiędzy prawdą, a bujdą... W co tu wierzyć. Szczególnie, iż wlepia wtem we mnie swe ślepia małego kociaka i zawadiacko macha ogonkiem.

<Artemka? No to gdzie ich wywieziesz? XD Aha, i wybacz, że tak krótko... >

Od Białego - Konkurs #2